31/07/2026
Cieszę się, że moja skóra nie umie dochowywać tajemnic.
Kiedyś byłam na nią naprawdę 😤 (emotka będzie tutaj lepszym wyrazem niż słowa).
Patrzyłam tylko na twarz.
Twarz, twarz, twarz.
Chciałam, żeby była gładka, czysta, bez zmian. Żeby dobrze wyglądała i nie zwracała na siebie uwagi. Każdy trądzik, zaczerwienienie czy przesuszenie traktowałam jak coś, co trzeba jak najszybciej usunąć.
Nie interesowało mnie wtedy, co skóra próbuje mi pokazać. Chciałam tylko, żeby przestała to pokazywać.
Dopiero później, kiedy zaczęłam bardziej interesować się psychosomatyką i uważniej obserwować swoje ciało, zobaczyłam, że moja skóra często jako pierwsza daje mi znać, że coś się zmieniło.
Że coś mi nie służy.
Że czegoś jest za dużo.
Że gdzieś przestałam siebie zauważać.
Że warto poszukać przyczyny, zamiast skupiać się wyłącznie na tym, jak szybko zakryć objaw.
Dziś, kiedy widzę nową zmianę, zaczerwienienie albo przesuszenie, oczywiście nie skaczę z radości.
Ale już nie jestem na swoją skórę zła.
Patrzę na nią jak na pierwszy sygnał.
Jakby mówiła:
„Ania, ogarnij się. Chyba za daleko popłynęłaś.” No dobra to pierwsza myśl, ale potem przychodzi ta łagodniejsza:
„Ania. Sprawdź to. Przyjrzyj się sobie trochę uważniej.”
I właśnie dlatego dziś cieszę się, że moja skóra nie umie dochowywać tajemnic.
Jest jak sygnalizator, rycerz na białym koniu lub po prostu przypominajka w telefonie. Wiem jedno:
Kiedyś widziałam w tym wadę.
Dziś widzę informację.